Australia

Australia

Zwierzęta

DCIM100GOPROGOPR3096.Życie kangurów w Australii nie jest w cenie. Ludzie montują na przodach samochodów specjalne orurowanie chroniące auto przed rozbiciem w przypadku zderzenia ze zwierzęciem. Są dwie wersje tego orurowania. Mniejsza, zwana roo bar, na kangury oraz masywniejsza bullbar, będąca w stanie wytrzymać spotkanie z bykiem. Na poboczach dróg co chwilę leży zabity kangur (albo krowa), a na asfalcie jest pełno śladów ostrego hamowania. Ustaliliśmy, że jeśli zabijemy na drodze kangura to go zjemy. Trafiłem tylko jednego ale uciekł (zdążyłem wyhamować). Roman po dłuższej chwili milczenia powiedział tylko “prawie…”. Kangury pojawiają się z nikąd i wbiegają prosto pod jadące samochody. Coś jak nasze koty. Tylko większe. Niektóre mają dwa i pół metra wysokości.

 Ivo powiedział nam jeszcze jak polować na króliki. Należy oślepić go reflektorami samochodu, a następnie zajść od tyłu i ogłuszyć jakąś pałą. Ponoć w ogóle nie uciekają. Powiedział też, że jak przyciśnie kogoś głód w buszu to można zabić farmerowi owcę. Ponoć nie ma problemu tylko należy potem zostawić skórę na płocie.

 

DCIM100GOPROGOPR2289.Kupiliśmy za to żyłkę i haczyki, bo szkoda było nam pieniędzy na całą wędkę. W sumie w okolicy Yalata na skałach siedział trup i trzymał wędkę pod pachą. Wtedy nie przyszło nam jeszcze do głowy, żeby mu ją ukraść. Roman zrobił więc wędkę z kija. Za przelotkę posłużyło wieczko z puszki po tuńczyku. Pierwszy raz łowiliśmy w oceanie. Ja zająłem się żuciem przynęty z chleba. Roman nonszalancko stanął dwa metra od krawędzi podwodnej skały, po kolana w wodzie, plecami do morza i montował przynęte na haczyku. W okolicy były rozwieszone ostrzeżenia przed krokodylami. Niektóre dorastaja do siedmiu metrów długości i więcej. Nie dał się przekonać, że te skurczybyki są przebiegłe i może któregoś nie zauważyć. Powiedział żebym mu poszukał statystyk dotyczących ataków krokodyli w internecie. W końcu dałem spokój. Powiedziałem mu tylko, że jak go coś zeżre to biorę jego kabel usb. Pierwsza złowiona przez Romana ryba miała wyłupiaste oczy i rozglądała się nimi na boki. Kiedy przytrzymywałem ją na ziemi utkwiła we mnie wzrok i czekała na coś. Nie podobało mi się to, bo jej spojrzenie przejawiało oznaki inteligencji, a ktoś zaraz miał jej uciąć łeb. W końcu Roman wziął sprawy w swoje ręce i tylko skomentował “z-miastaście-a-dupaście”. Niedaleko nas łowił ryby jakiś chłopak z Niemiec. Przyjechał z dziewczyną rok temu do pracy, a teraz robili sobie wakacje. Zapytany czy nie boi się krokodyli, odpowiedział “A widziałeś tutaj jakiegoś?”. Później poszukałem tych statystyk i raz na parę miesięcy zdaża się atak. Jedna trzecia z nich kończy się śmiertelnie dla człowieka. Był też przypadek zeżarcia dwudziestoparoletniego turysty z Niemiec.

 

DCIM100GOPROGOPR2972.Nie zobaczyłem żadnego krokodyla na dziko. Widziałem za to jednego w niewoli. Miał na imię Terry i mieszkał w zoo. Można było zejść do betonowego bunkra i przez pancerną szybę zajrzeć mu w oczy. Oczy demona. W 2008 roku, w nocy, włamał się do tego zoo siedmioletni chłopiec. Przeszedł przez płot. Nie zadziałały czujniki ruchu bo był zbyt mały. Kamery ochrony zarejestorwały jak wyciąga zwierzęta z wybiegów i karmi nimi krokodyla. Życie straciło tuzin zwierząt. Niektóre były rzadkie lub wiekowe jak ulubienica pracowników, dwumetrowa goanna. Kamery utrwaliły też śmiech chłopca.

 

 

Drogi

DCIM100GOPROGOPR2855.Jazda drogami szutrowymi jest o wiele ciekawsza niż asfaltem ale wiążą się z tym problemy. Zawieszenia samochodów wybijają na nich coś na kształt tarki. Nie da się po tym jechać powoli bo telepie tak, że zęby bolą. Pomaga rozpędzenie się do osiemdziesięciu kilometrów lub więcej, bo wtedy ustają wibracje. Dlatego lokalsi jeżdżą tam z prędkością około stu kilometrów na godzinę o ile właśnie nie ciągną za sobą karawanu. Ale z taką jazdą wiąże się inny problem. Czasem deszcz wypłukuje w drodze biegnące w poprzek dziury. Trzeba ich wypatrywać z daleka i wcześniej wybierać tor po którym można je ominąć, bo nie zawsze jest czas żeby wyhamować. Przeoczenie którejś może się skończyć urwaniem koła albo kilku. Wiele razy mijaliśmy na poboczu samochody terenowe z wyłamanym kołem. Było też dużo porzuconych wraków. Niektóre nadpalone i ze śladami po dachowaniu.

Przez cały pobyt w Australii złapaliśmy tylko trzy razy gumę. Wszystkie trzy w ciągu kilku dni na Gibb River Road. W tamtej okolicy Roman nazbierał też garść gwoździ na parkingu przy drodze.

Bungle Bungle

DCIM100GOPROGOPR3073.Bardzo często należało kupić bilety wstępu żeby zobaczyć jakąś atrakcję turystyczną. Przy wjeździe do takiego miejsca stoi budka z czymś w rodzaju manualnego biletomatu. Wypełnia się własnoręcznie dwuczęsciowy formularz, wpisuje się dane samochodu, ilość pasażerów planowany czas pobytu, wylicza się według tabelek cenę wstępu. Jedną część formularza zabiera się ze sobą, a drugą razem z odliczoną gotówką zakleja się w kopercie i wrzuca do skrzyneczki. Tylko raz zdecydowaliśmy się wjechać w takie miejsce. Park Narodowy Purnululu posiada swoją stronę internetową, na której można dokonać rezerwacji miejsca dla swojego karawanu. Po terenie parku można poruszać się wyłącznie samochodem z napędem na cztery koła. Można też wjechąć z przyczepą jednoosiową, którą należy niezwłocznie pozostawić na zarezerwowanym wcześniej miejscu. Każde miejsce ma swój numer i jest zaznaczone na mapce. To bardzo malownicze miejsce ale w sumie nie wiem co mogę więcej napisać. W okolicy można znaleźć podobne miejsca bez nazwy.

Kopalnia diamentów

DCIM100GOPROGOPR2197.Postanowiliśmy trochę zboczyć z naszej drogi i zobaczyć największy w Australii krater meteorytowy. Ma osiemset metrów średnicy i bardzo przypomina krater Barringera. Czekało nas ponad czterysta kilometrów i żeby nie jechać asfaltem pojechaliśmy starą drogą przez góry. Drugiego dnia wjechaliśmy na teren kopalni diamentów. Nikt się nami nie zainteresował i nie zatrzymywał. Była niedziela. Wszedłem na wzgórze telekomunikacyjne i widziałem stamtąd pracujące w złożu wozidło Caterpillara. Maszyna jest wielkości domu, zabiera jednorazowo dwieście ton skał, koła mają średnicę czterech metrów. Nie mogliśmy później wyjechać z kopalni, bo drogę wyjazdową zagradzał szlaban. Był tam tylko zainstalowany telefon i kamery przemysłowe. Był też numer telefonu do straży. Wykęciłem numer. Ktoś z ochrony pytał skąd się tam wzięliśmy. Wytłumaczyłem, że przyjechaliśmy od strony gór i nie mijaliśmy żadnych bram. Otworzyli szlaban i nas wypuścili. (I nie zabraliśmy telefonu ze sobą.)

 

Benzyna

Pośrodku niczego podjechaliśmy na stację benzynową. Wysiadam i chcę tankować, a Roman zaczyna:

– Ile tankujemy?
– Do pełna.
– Jak do pełna?
– Normalnie. Musimy dojechać do Kathrine plus zapas.
– Jak chcesz mieć zapas to sobie kup za swoje.
– Nie starczy nam do Kathrine. Mamy pięćset pięćdziesiąt kilometrów, a jedziemy po drodze szutrowej.
– Starczy paliwa.
– Nie starczy.
– Starczy.
– Nie starczy.
– Nie ucz ojca dzieci robić. Starczy.
– Nie starczy. Nie jade z Tobą więcej.
– Ty mnie straszysz czy mi obiecujesz?
– Nie starczy. Wczoraj nam zszedł cały bak, a przejechaliśmy czterysta pięćdziesiąt kilometrów. Tutaj są wszędzie drogi szutrowe między górami.
– Ile mamy na mapie do następnej stacji?
– Niecałe dwieście kilometrów.
– No to bierzemy dwadzieścia litrów i tam zatankujemy znowu.
– Babka z kasy mówi, że tam będzie drożej o pare centów za litr.

I tak dalej. Na stacji siedzieli Aborygeni i robili coraz większe oczy. Nie dyskutowaliśmy cicho.

W dużych miastach benzynę można kupić za sto trzydzieści parę centów, a na pustyni cena grubo przekracza dwa dolary. Ja chciałem wozić przynajmniej jeden kanister zapasu. Roman chciał tankować tam gdzie jest najtaniej. Raz zabrakło nam paliwa i musiałem łapać stopa i jechać z kanistrem do miasta. Roman uparł się, że nie pojedzie bo nie mówi po angielsku. Z drugiej strony w dwa miesiące spaliliśmy półtorej tony benzyny i gdyby nie jego konsekwencja to kosztowałaby nas o wiele więcej.

Ćwiczenia wojskowe

DCIM100GOPROGOPR2066.Niebo w nocy na pustkowiu robi ogromne wrażenie. Do świateł najbliższego miasteczka jest najczęściej kilkadziesiąt kilometrów. Jeśli jest księżyc na niebie, to rzuca na ziemię wyraźne cienie, a oczy przyzwyczajone do ciemności nie potrzebują latarki. Kiedy go nie ma, jest tak ciemno, że droga mleczna na niebie nabiera trzeciego wymiaru. Miałem wrażenie jakbym siedział na krawędzi skały i patrzył w otchłań. Na południowym niebie, najbardziej rzucającym się w oczy układem gwiazd jest Krzyż Północy. Widać też Wielki Wóz nieco niżej nad horyzontem.

W okolicach Kathrine jest wielki zmaknięty obszar pustyni należący do wojska. Którejś nocy dokładnie nad nami myśliwce ćwiczyły walki powietrzne. Nie było ich widać, za to co jakiś czas któryś wypuszczał za siebie strumień flar odciągających rakiety od celu.

Ivo opowiadał też, że na pustyni jest gdzieś poligon atomowy. Starzy kierowcy ciężarówek w młodości czasem coś tam wozili. Ponoć w pewnym miejscu pustynie grodziło dziesięciometrowe ogrodzenie.

 

Ostatni bastion Aborygenów

ZDCIM100GOPROGOPR2937.atrzymała nas grupka ludzi, pytali o fajki i śmiali się, że wybraliśmy złą drogę. Wieczorem inni zatrzymali się obok nas i powiedzieli, że to nie jest dobry pomysł nocować w tym miejscu w buszu, bo tutaj są bawoły i one są bardzo niebezpieczne. Pozatym jak pojedziemy dalej w głąb półwyspu, to będzie jeszcze gorzej. Odpowiedzieliśmy, że jeśli nie mają nic przeciwko to zostaniemy, robimy tak od dwóch miesięcy i poradzimy sobie. Następnego dnia zaczęły nam zagradzać drogę powalone drzewa. Nie było już też widać zbyt wielu śladów opon odciśniętych w kurzu. Noc spedziliśmy za przeprawą przez rzekę.

W środku nocy było słychać w ciemności jak koło nas chodził bawół. Ledwo słyszalne, ostrożne tup-tup-tup długa chwila przerwy tup-tup-tup, przerwa i znowu. Oddech zwierzęcia gdzieś za oknem albo trącenie rogiem zderzaka.

Rano powiedziałem Romanowi, że nie pospałem w nocy bo miałem cykora. Że może to było jakieś przeczucie. Że może nie powinniśmy dalej jechać tą drogą, bo mamy jeszcze do przejechania czterysta kilometrów do najbliższej wioski, a droga wygląda na nieużywaną. Czeka nas jeszcze kilka przepraw rzecznych, a jak zacznie padać to poziom wody sie podniesie i zostaniemy tam na dłużej. Poza tym nie mamy dokładnej mapy. W końcu pojechaliśmy dalej.

Nie udało nam się dotrzeć do naprawde dzikiej wioski. Przed prawie każdym domem stał solidny samochód terenowy. Za to my mogliśmy do woli biegać z gołymi jajami i nie natknąć się na nikogo. Oprócz jednej babki.

Wieczorem do wioski zjechali się ludzie z całej okolicy. Niektórzy byli ubrani w garnitury inni byli boso tylko w spodenkach. Zebrali się na szczycie pagórka. Usiadłem wśród nich i czekałem na to co się wydarzy. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to na czym oni siedzą to są groby. Z przodu w najbardziej ciasnym kręgu ludzi był wykopany dół. Przez cały wieczór ludzie na zmianę tańczyli i opowiadali historie. Muzyka leciała z magnetofonu. Część słów była po angielsku, więc mogłem zrozumieć gesty jakie wykonywali. Nie siadziałem sam. Przyszedł do mnie pies, usiadł mi na nogach i domagał się pieszczot. Mówili, że to co ich wszystkich łączy to te historie, które teraz opowiadają.

Powrót. Uluru, Bumerangi, zagotowany silnik i wpierdol

Wracajac do Melbourne, postanowilismy zobaczyć jeszcze Uluru. Żeby nie żałować, że byliśmy i nie widzieliśmy. Jadąc od strony drogi Stuart Highway minęliśmy góre Mount Conner. W podstawówce miałem zdjęcie tej góry w książce z angielskiego. Lubiłem je oglądać i chciałem kiedyś wejść na tą górę, żeby sprawdzić co jest na tym ścietym czubku. Kilkadziesiąt kilometrów dalej jest Uluru. Wygląda jak gigantyczny głaz. Oglądaliśmy go ze wzgórza odległego o kilkanaście kilometrów. Już od kilku lat nie można wchodzić na górę. Miejscowi są przesądni, a parę osób dostało ataku serca wspinając się po łańcuchach. Nie powinno się też zabierać z tamtąd kamyków na pamiątkę, bo to może wywołać gniew duchów. Ludzie nie słuchają i później odsyłają te kamyki pocztą do parkowego biura, kiedy zaczynają przytrafiać im się różne złe rzeczy.

Wjechaliśmy w środek wioski na pustyni. Podjechaliśmy do grupki ludzi. Nie byłem pewien czy nie zarobię w łeb za to o co zapytam. Powiedziałem, że mój kolega szuka bumerangów i czy wiedzą od kogo moglibyśmy je kupić. Wymienili się spojrzeniami ale w końcu powiedzieli, żeby pojechać do szefa galerii. Mieszkał na sąsiedniej ulicy w trzecim domu.

Nie do końca wierzę w takie zbiegi okoliczności ale kiedy mieliśmy ruszyć, z pod maski poleciały kłęby pary. Wyłączyłem silnik. W głębi ducha się cieszyłem, bo zanosiło się, że utkniemy na jakimś pustkowiu wśród Aborygenów. To było to na co od początku liczyłem. Okazało się jednak, że poprostu rano nie zakręciłem zbiornika na płyn chłodzący i przegrzana woda wyleciała przez wlew. Wystarczyło wlać wodę i mogliśmy jechać dalej. Korek jakimś cudem leżał tam gdzie go rano odłożyłem.

Sprzedaż samochodu. Okulary poprzedniej właścicielki samochodu Janine Louise

GOPR3114_1435970021862_low_wmIvo pokazał nam, że w skrytce pod sufitem zostały okulary poprzedniej właścicielki samochodu i wizytówka, którą później gdzieś zgubiliśmy. Powiedział, że dzwonił pod numer z wizytówki ale dodzwonił się do jakiejś cerkwii. Postanowiliśmy sami sprawdzić w internecie, kim była właścicielka samochodu. Na bocznych drzwiach pozostał po niej napis Janine Louise. Znaleźliśmy tylko tyle informacji http://janinelouisemedium.com/

Tłumaczyłem ludziom, że kupiliśmy samochód na dwa miesiące, a teraz sprzedajemy bo wracamy do domu. Kiedy odpowiadałem, że jutro mamy samolot, niemal wszyscy reagowali w ten sam sposób – O shit! Wszyscy powtarzali, że czyszczenie naszego auta z kurzu będzie kosztować czterysta dolarów.

 

DCIM100GOPROGOPR3120.Ostatni odmówił nam handlarz, z którym umówiliśmy się dzień wcześniej. Zanim pojechaliśmy do niego rano, zrobiliśmy sniadanie z tego co nam zostało. Ryż z sosem boloneze (pół słoika koncentratu pomidorowego + najtańsza mielonka z puszki, nie dla psów. Do tego zgnieciony czosnek jak jest albo trochę chilli). Przyjechaliśmy do handlarza. Ten zajął moje miejsce za kierownicą. Obok siedział Roman, trzymając w ręce menażkę z nieskończonym śniadaniem. I tak pojechali testować samochód. Ostatecznie sprzedaliśmy auto mechanikowi, z którym umówiliśmy się parę dni wcześniej, że jeśli nigdzie nie znajdziemy lepszej ceny to wrócimy do niego. Nie odzyskaliśmy pieniędzy z zakupu ale wyszliśmy na tym lepiej niż gdybyśmy wynajmowali samochód. Mechanik odwiózł nas na lotnisko. Tej samej nocy polecieliśmy do domu.